piątek, 18 sierpnia 2017

Dramione - rozdział 2



Nocne niebo przecina kolejna błyskawica. Deszcz uderza w szyby. Małe krople spływają po powierzchni szkła niczym się nie przejmując, nie mając problemów, ani uczuć. Jedyne co muszą zrobić to zatrzymać się w konkretnym miejscu. Siedzę na podłodze pod ścianą obserwując londyńską pogodę w jednej ręce trzymam pustą w połowie butelkę ognistej whisky, w drugiej, tej opartej na uniesionym kolanie mam papierosa. Łzy płyną mi po policzkach nieprzerwanie od tygodnia. Mam na sobie jedną z białych koszul mojego byłego już męża i jest mi zimno. Mogłabym się ubrać cieplej, albo napalić w kominku nic jednak nie pomoże. Próbowałam wszystkiego, czuję się jakbym zamarzła tam, głęboko w środku. Wzięłam urlop w pracy na czas nieokreślony, zaszyłam się w mieszkaniu i w zasadzie udaję, że mnie tu nie ma. Pod drzwiami leży stos nieaktualnych gazet, na ladzie w kuchni zalegają nieprzeczytane listy od przyjaciół, otwieram tylko te z pracy. Czasami chcą bym w ten sposób skonsultowała pacjenta. Pociągam kolejny łyk alkoholu licząc, że pozwoli mi zapomnieć o hańbie, której się dopuściłam. W ciągu ostatnich kilku dni powróciły do mnie niektóre wspomnienia z tego feralnego wieczoru. Wiem, że byłam w barze, poszłam do niego po dyżurze, spotkałam ludzi, rozmawiałam z obcym mężczyzną, później jest luka, następne co mi się kojarzy to Malfoy dosiadający się do mnie. Byłam już wtedy po kilku drinkach, ale rozmowa chyba się kleiła. Nie mam z nim złych stosunków, to znaczy do tej pory było dobrze. Już w trakcie wojny zaczęliśmy się dogadywać, spotykaliśmy się od czasu do czasu w różnych kątach tak po prostu by porozmawiać, można  nas było nazwać kolegami w najlepszym wypadku. Byłam jedną z nielicznych, która go szanowała. Później w trakcie bitwy osłonił mnie kiedy w moją stronę leciała klątwa, ale nigdy bym nie pomyślała, że ma w tym jakiś cel! Dobry Merlinie gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że zostanę nową panią Malfoy! Wyśmiałabym go w najlepszym razie.  Wzdycham ciężko i pociągam kolejny spory łyk, grzmot trzęsie ziemią, wtulam się w koszule zaciągając się jej zapachem.  Pachnie domem i bezpieczeństwem, nowe łzy lecą mi z oczu, ogarnia mnie złość. Nic z tych rzeczy by się nie zdarzyło gdyby wciąż żył! Zagryzam wargę tak mocno, że czuję metaliczny smak krwi, powstrzymuję się by nie zacząć wyć jak dzikie, skrzywdzone zwierzę, bo na to mam ochotę. Uderzam tyłem głowy o ścianę za mną, by odwrócić uwagę od tego wszystkiego co czuje, ale to nie pomaga. Kolejna błyskawica przecina niebo, a zaraz za nią rozbrzmiewa huk. Dwa metry ode mnie rozbłyska światło i pojawia się charakterystyczny dźwięk oznajmujący aportację. Powinno mnie to ruszyć zwarzywszy na to, że obłożyłam to mieszkanie tyloma zaklęciami chroniącymi zanim się tu zaszyłam, że nikt nie powinien zbliżyć się do mnie na odległość bliższą niż dziesięć metrów bez uszczerbku na zdrowiu. Mrużę oczy w wyniku tego niespodziewanego blasku światła, a kiedy plamy znikają mi z przed tęczówek wzdycham ciężko zirytowana. Na środku salonu stoi nie kto inny jak sam wybawca magicznego świata, ikona odwagi, najlepszy auror itd. Rzygać się chce od ilości tytułów jakie mu nadali.
            – Potter – warczę nieprzyjaźnie – Cóż za zaszczyt mnie kopnął – dopowiadam i pociągam kolejny spory łyk alkoholu. Jestem przekonana, że to jeden z ostatnich zanim Harry zabierze mi butelkę.
            – Hermiono – patrzy na mnie z troską, a w jego głosie słychać zmartwienie. Podchodzi do mnie i kuca. – Co się stało? Dlaczego nałożyłaś tyle zabezpieczeń na dom? Nikt nie widział Cię od tygodnia, nie odpowiadasz na listy i nie przyszłaś dzisiaj, chociaż byliśmy umówieni. – Wyjmuje delikatnie papierosa z mojej ręki, po czym kładzie swe dłonie na moje policzki i ściera stróżki słonych łez. Zabieg ten nie wiele daje, ponieważ jego czuły gest sprawia, że świeże łzy stają mi w oczach. Patrzy na mnie łagodnie, stalowa obręcz zaciska się boleśnie na moim sercu.  Siada przy ścianie i obejmuje mnie ramieniem, wtulam się w niego, rozpaczliwie walcząc by nie przechylić się ostatecznie nad przepaścią, która utworzyła się pode mną. Wymachuje rękami, próbując złapać równowagę, ale wiem, że nikt jeszcze nie wygrał z grawitacją.
            – Zrobiłam bardzo złą rzecz – szepcze, zakłócając ciszę pomiędzy nami.
            – Wszyscy robimy złe rzeczy – odpowiada spokojnie.           
            – Zdradziłam Tony’ego, Harry – Zaciskam pięść na jego bordowej szacie. Przyciąga mnie bliżej, burza znów daje o sobie znać przypieczętują moje słowa.
            – Hermiono… jesteś wdową. Musisz to w końcu zaakceptować. – Wypowiedzenie tego zdania sprawia mu trudność. Trochę to zadziwiające, zważywszy ile razy powtórzył je w ciągu ostatnich dwóch lat. – Jesteś gotowa pójść dalej. Czas żałoby minął. Znałem Anthony’ego, był świetnym facetem i jeśli czegoś na tym świecie mogę być pewny, to tego, że kochał Cię całym sercem. Byłaś jego iskrą, pobudzałaś go do działania, sprawiałaś, że czynił rzeczy niemożliwe. Już czas podnieść się z popiołów, niech ten płomień zapali się dla kogoś innego. On by tego chciał. – Ból w klatce się nasilił, te słowa są jak sztylety, uniemożliwiają kolejny wdech.
            – Jak możesz tak mówić? To wręcz bluźnierstwo. Moje serce biło dla Anthony’ego Mitchell’a, teraz czuję się… martwa. To nie był przelotny romans, czy głupie, młodzieńcze zauroczenie, był moim wszystkim. Po jego śmierci zostałam z niczym, z niczym – wyje z bezsilności w środku, choć na zewnątrz w ogóle się nie ruszam. Mój głos jest chłodny, nieprzyjemny, choć płonę z wściekłości.
            – Musisz się podnieść, wziąć w garść. Niszcząc siebie, niszczysz jego. Pamięć o nim. Żyjemy w świecie magii, niejednokrotnie udowodniliśmy, że na nas patrzą, tam z góry. Więc masz rację zdradziłaś go, ale nie śpiąc z innym facetem. Zdradziłaś go, bo przestałaś wierzyć. Z wojownika, ze zwycięzcy stałaś się przegraną. Ranisz go. Każdy dzień twojej egzystencji, zabija go na nowo. To nieprzerwana katorga, gotujesz mu piekło i masz to gdzieś. Ogarnij się. – Mówi to z takim spokojem, że mam ochotę go uderzyć, zadać mu brutalny cios po każdym wypowiedzianym stwierdzeniu.  Wyrywam się z jego objęć i wstaję, chodzę z kąta w kąt próbując się opanować. Zachować tą pieprzoną wolę, zanim przejmą nade mną władzę pierwotne instynkty i zrobię coś co nie udało się samemu Voldemortowi. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wiem, w głębi duszy wiem, że ma cholerną rację. Rzucam butelką, która rozpryskuje się po podłodze, ciecz miesza się ze szkłem. Kucam, znowu ciągnąc się za włosy, emocje przytłaczają mnie, nie potrafię ich udźwignąć. Coś we mnie pęka.
            – Jestem wdową, Harry – szepczę pokonana. Łzy, których wylałam hektolitry w ostatnim czasie po raz pierwszy mają choć trochę działanie oczyszczające. Jestem wdową, jestem wdową, jestem wdową… kołyszę się w przód i tył, szukając ujścia dla tego wszystkiego co czuję.
            – Był częścią mnie, najpotrzebniejszą do oddychania. Zamiast tlenu, używałam jego. Nigdy więcej nikogo nie będę w stanie pokochać równie mocno.  Nie wiem czy będę potrafiła kogokolwiek do siebie dopuścić na tyle by się na niego otworzyć, nie mówiąc o miłości.  – Nagle doznaje oświecenia. Nie mogę mówić k o g o ś, już zawsze w to miejsce muszę wstawić konkretną osobę. Postawiono mnie pod faktem dokonanym i to nie zmieni się aż do śmierci któregokolwiek z nas. Mimowolnie drżę na tą myśl.
                        – W zeszłym tygodniu obudziłam się w jednym łóżku z Draco Malfoy’em i obrączką na palcu. Już nie jestem wdową, teraz jestem żoną – mówię czekając z zapartym tchem na reakcje przyjaciela, prawie brata. Nie dane mi jednak jej zobaczyć. Rozlega się kolejny grzmot, najgłośniejszy ze wszystkich jakie były do tej pory, zaraz po tym następuje błysk, a budynek naprzeciwko staje w ogniu. Patrzę przerażona na scenę rozlegającą się za oknem, mijają sekundy zanim mój mózg  zrozumie co się właściwie stało. Dopiero krzyki  rannych sprowadzają mnie na ziemię, sięgam po czarne legginsy, które leżały na kanapie i wciągając je szybko, widzę jak Harry rozsyła patronusy z rozkazami. Zakładam trampki w przedpokoju i pijąc eliksir trzeźwości po drodze, zbiegam z klatki schodowej by jak najprędzej być przy potrzebujących. Potter jest trzy schodki przede mną i już po chwili przepycha się przez panikujących ludzi. Dach płonie, podobnie jak ostatnie piętro, cześć budynku jest zawalona, a na niższych piętrach widać dym. Deszcz mimo wszystko nie przestaje padać, mokre włosy przyklejają mi się do twarzy przeszkadzając. Noc sprawia, że sytuacja jest jeszcze bardziej beznadziejna, pierwsze jednostki niosące pomoc pojawiają się na miejscu zdarzenia. Dzięki Merlinowi, że to magiczna dzielnica i większość mieszkańców na własną rękę aportowała się na ulicę. W budynku zostali tylko Ci najbardziej ranni. Widzę jak na noszach wynoszą młodą kobietę. Jest ubrudzona sadzą i pyłem, krew spływa z jej skroni, każdy ruch powoduje u niej ból, a mimo wszystko się wyrywa.
            – Bruce! Bruce! Gdzie jesteś!? – krzyczy przerażona. Podchodzę co niej będąc świadomą jej problemu. Rozglądam się dookoła w poszukiwaniu  chłopca, widzę jednego na rękach  ratownika.
            – To on? – pokazuje kobiecie małe dziecko, wystraszone i płaczące. Drobny brunet, jego pulchne  policzki są brudne tak samo jak piżamka. Jest boso, wypadek musiał mu przerwać sen. Stoją kilka metrów ode mnie, a jednak daję radę spojrzeć  mu w oczy, piękne, brązowe tęczówki, w których cierpienie splata się z  rozpaczą. Wciągam ze świstem powietrze, przez kilka cennych sekund mój świat chwieje się u fundamentów. Są takie podobne, zupełnie jak j e g o. Czuje skurcz w sercu i przez chwilę mam mroczki przed oczami.
            – Bruce, kochanie choć tutaj! – Głos kobiety wyrywa mnie z otępienia. Syreny wyją, ludzie biegają, światła migoczą i wszędzie jest tak cholernie mokro. Badam matkę, skoro już wiemy, że jej dziecku nic nie grozi. Jest mocno potłuczona, ma złamane kilka żeber, zapewne leżała pod gruzem. Krztusi się i wypluwa krew, muszę ją stąd zabrać zanim jej płuco się zapadnie. Macham ręką przywołując ratowników i karze im jak najszybciej zabrać pacjentkę do szpitala. Dyktuje listę leków, które mają podać, chcę odejść by móc aportować się na izbę i przygotować wszystko na jej przybycie, kiedy łapie mnie za dłoń.
            – Zaopiekuj się nim, proszę. Nie ma nikogo oprócz mnie. – Patrzy mi prosto w oczy odnoszę wrażenie, że to coś więcej niż zwykła prośba o zaprowadzenie go w bezpieczne miejsce. Chcę odmówić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że nie mam do tego teraz głowy, że wcale mnie nie potrzebuje. Jednak wiem w jakim jest stanie, ile procent szans statystycznie ma i jak cyferki potrafią zawieść.
            – Zajmę się nim. Jest bezpieczny, obiecuję – mówię z mocą, nie odwracając wzroku. Kobieta jeszcze chwile mnie trzyma, aż w końcu puszcza i umieszczają ją w karetce. Stoję i obserwuję jak czerwony pojazd odjeżdża, czuję się dziwnie. Coś jest nie w porządku, coś tu nie gra. Noc znów rządzi się swoimi prawami, niebo nie ma zamiaru się wypogodzić, w oddali słychać kolejny grzmot.  Ktoś na mnie wpada, tracę równowagę, jednak nie na długo. Czyjeś ramiona przyciągają mnie do swojej klatki chroniąc przed upadkiem.
            – Bardzo przepraszam, to przez to błoto i… Hermiona? – Harry patrzy na mnie trochę nie przytomnie, nie dziwi mu się ma ręce pełne roboty.
            – Istne piekło, co nie przyjacielu ?– unoszę brwi kpiąc.
            – A żebyś wiedziała – odpowiada i w końcu mnie puszcza poważniejąc. – Hermiono chce Ci tylko powiedzieć, że… nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko prowadzi do czegoś, nawet jeśli nie znamy celu i nie widzimy sensu. – A potem jak gdyby nigdy nic rzuca – Muszę iść – i znika. Oszołomiona kręcę głową, próbując odpędzić jego słowa. Potrzebuję czegoś stabilnego, czegoś co potrafię. Obracam się w stronę chłopca, którym mam się zaopiekować i podchodzę do niego powoli.
            – Cześć. Mam na imię Hermiona, a ty jak się nazywasz? – staram się wykrzesać z siebie tyle ciepła, by uśmiech był przyjazny.
            – Bruce Gordon, prze pani – odpowiada po cichu, przestraszony wszystkim co się dzieje.
            – Twoja mama prosiła bym ci pomogła. Nie najlepiej się czuła i zabrali ją do szpitala. Jestem jej uzdrowicielem. Pójdziesz ze mną? – wyciągam w jego stronę ręce, niepewnie się przechyla, a ja biorę go w objęcia i sadzam na biodrze. Wtula się nieśmiało, kładzie swe paluszki na moim policzku. Czuję jak zimno, które towarzyszy mi od tamtego feralnego poranka znika. Chłopczyk spogląda na mnie ufnie, jego tęczówki, tak podobne do Tony’ego zapierają mi dech w piersi, aż do momentu, w którym się odzywa. Wtedy go po prostu tracę.
            – Naprawisz moją mamę? 

*/*/*/*/*

Cześć!
Nowy rozdział, mam nadzieje, ze wzbudzi emocje i że czytając będziecie mieli to wszystko przed oczami w swojej wyobraźni. Następny będzie jak go napiszę, nie podaję terminu, bo potem są problemy z dotrzymaniem go.  Cóż, komentujcie i polecajcie.

Cornelia Grey.
 

poniedziałek, 24 lipca 2017

Dramione - rozdział 1




Poranne promienie budzą mnie ze snu. Zaciskam mocnej powieki jakby to miało pomóc przed rażącym słońcem, przeciągam się, a moje ciało owiewa lekki, ciepły wiaterek, który dostał się tu przez otwarte drzwi balkonowe. Otwieram leniwie oczy długie, białe,  zwiewne zasłony poruszają się w tylko sobie znanym tańcu, coś obok mnie się porusza, po chwili zostaję przyciągnięta i przytulona do drugiego ciała, męskiego ciała. Uśmiecham się zadowolona i chwytam dłoń, która zaciska się na mojej tali, mruczę czując pocałunki na ramieniu, nie pamiętam ile czasu minęło od kiedy było mi tak dobrze. Odwracam głowę szukając ciepłych brązowych oczu, ale zamiast tego widzę stalowo niebieskie tęczówki, uśmiech, od którego powinny mięknąć mi kolana jest ironiczny, drażniący wręcz prowokacyjny. Włosy koloru hebanu mają platynowy blond, ramiona są węższe i mniej umięśnione od tych, które tak dobrze znam. Nic tu się nie zgadza i nie wiem co się dzieje poza faktem, że właśnie leżę w jednym łóżku z Draco Malfoy’em. Zrywam się jak oparzona, ale ponieważ żadne z nas nie było na to przygotowane spadam z posłania zaplątana w pościel, nie przeszkadza mi to, chce jak najszybciej odsunąć się od mężczyzny, więc wycofuję się sunąć tyłkiem po podłodze aż natrafiam na zimną ścianę. Może to nie ściana jest chłodna, może to jednak wewnątrz mnie wszystko zamarza. Puls mi przyśpiesza, serce wali jakby chciało uciec, źrenice się poszerzają i z całą pewnością już nie oddycham ja po prostu dyszę jak stara lokomotywa. Co ja zrobiłam i dlaczego do cholery nic nie pamiętam. Przeczesuję długie, skołtunione włosy ręką i wtedy pada na nią mój wzrok. O Merlinie, co ja mam na palcu?  Złoto zaczyna mi ciążyć i parzyć, albo tak mi się przynajmniej zdaje, ściągam go natychmiast choć jak na złość mam z tym problem. Kiedy jednak uwalniam dłoń, rzucam pierścionkiem o przeciwległą ścianę, spada z cichym dźwiękiem jeszcze kilka chwil kreśląc kolejne okręgi po panelach. Malfoy przygląda mi się z rozbawieniem.  Muszę stąd zniknąć, spanikowana rozglądam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu ubrań. Na fotelu znajduję sukienkę, o zgrozo, białą wstaję powoli uważając by czasem okrywający mnie materiał nie zjechał pokazując me nagie ciało. Mam gdzieś, że zapewne widział mnie już taką przez większą część nocy, zachowam te resztki godności. Nie rozumiem tylko dlaczego nie mogę sobie nic przypomnieć i dlaczego on nic nie mówi tylko tak bezczelnie się gapi!? Rzucam mu wściekłe spojrzenie i zaklęciem zakładam suknię. Zauważam małą, cienką książeczkę podnoszę ją po chwili z obawą, bo wiem co to jest. Niech to nie będzie prawda, proszę niech to będzie głupi żart. Zaglądam do niej i aż przechodzą mnie ciarki, trzymam w ręku akt małżeństwa zawartego pomiędzy Hermioną Jean Granger a Draconem Lucjuszem Malfoyem.
– O kurwa – wyrywa mi się zanim zdążę się powstrzymać.
– Dość elokwentnie jak na najmądrzejszą czarownicę od czasów Roweny Ravenclaw –słyszę za plecami. Odwracam się gwałtownie, mój szok zamienia się w furię, dlaczego on jest taki spokojny, kilka godzin temu poślubił mugolaczkę! Już otwieram usta by rozwikłać tą absurdalną sytuację gdy wtrąca się pager. Dwa w zasadzie, spoglądam na informacje i zaczynam szukać kominka. Może to nie taki zły pomysł, przynajmniej mogę uciec i zaszyć się na długie godziny w miejscu, w którym nie popełniam największych błędów swojego życia. Kominek znajduję się po mojej lewej stronie bez słowa idę w jego kierunku, ale coś sobie uświadamiam.
– Nie wiem w co pogrywasz i o co w tym wszystkim chodzi, ale piśnij tylko słówko, a  nie będzie czego szukać, jasne? – choć kończę pytaniem, to nie czekam na odpowiedź po prostu wrzucam w płomienie garść proszku fiuu i znikam.
*/*/*/*/*
Ostry dyżur w szpitalu św. Munga przypomina w tej chwili szkolny korytarz w trakcie przerwy. Dopada mnie zewsząd tyle różnych dźwięków, że krzywię się  z bólu. Wkraczam na arenę niczym burza, po drodze związuje włosy w niedbałego koka, nie ma czasu na więcej. Pielęgniarka woła mnie do Sali urazowej numer trzy gdzie czego na mnie pacjent. Po wstępnych badaniach dostaję to czego chciałam – operację.
– Zabierzcie go na blok i przygotujcie, czas nas goni – wydaje polecenie i wychodzę. Muszę się przebrać, bo wciąż noszę tą nieszczęsną suknię. Próbuję odgonić zbędne teraz myśli o tym co się wydarzyło i skupiam się całkowicie na swojej pracy. Droga do pokoju uzdrowicieli zajmuję mi tylko chwilę, nie czekając na nic zakładam swój zwykły granatowy strój chirurgiczny, poprawiam fryzurę tak by żaden włos się nie wydostał i biegnąc na salę zawiązuje ulubiony czepek na głowie. Dokładnie myję ręce, biodrem otwieram drzwi i już. Jestem w swoim świecie. Zaciągam się powietrzem, bałagan w myślach znika, a ja odprężam się, bo wiem co mnie czeka, bo znam każdą możliwość komplikacji, bo wiem jak sobie z nimi poradzić, bo jestem Hermioną Granger najlepszym magokardiochirurgiem w Wielkiej Brytanii. Wkładam fartuch z pomocą pielęgniarki i staję przy stole.
– Okay wszyscy, wnieśmy trochę magii. Skalpel – biorę do ręki narzędzie i wszystko dookoła znika.
*/*/*/*/*
Kończę operacje dziesięć godzin później, chciałabym powiedzieć, że jestem zmęczona, naprawdę bym chciała jednak moje myśli znów kierują swe tory na temat mojego ślubu. Ślubu, którego nie chciałam, którego nie pamiętam i którego nie można cofnąć. Gdy tylko ta myśl pojawia się w moim umyślę robi mi się słabo. W świecie magii nie przyznają rozwodów. Ręce zaczynają mi się trząść, łzy napływają do oczu.
– Panno Granger wszystko w porządku? Jest pani strasznie blada – słyszę jak ktoś do mnie mówi, nie umiem jednak zareagować.
Jestem żoną Dracona Malfoya i nie dostanę rozwodu.
Jestem żoną Dracona Malfoya, mężczyzny, który większą część naszej znajomości mnie nienawidził.
Jestem żoną Dracona Malfoya choć  jestem martwa w środku.
Znów jest mi duszno, muszę stąd wyjść, nie wiem jak dotarłam do mojego gabinetu, ale już po chwili znajduję drogę do domu. Wchodzę do salonu, a mój wzrok pada na zdjęcie wiszące naprzeciwko. Mężczyzna na nim opiera się swobodnie o samochód, ręce ma włożone do kieszeni spodni od garnituru, przy pasku zaczepioną ma odznakę. Formalna biała koszula, krawat i szelki, których używał by nosić broń. Uśmiecha się patrząc w bok, jego twarz zdobi kilka zmarszczek. Na pierwszy rzut widać, że jest twardzielem, choć ja wiem, że ma wielkie serce. Tyle wystarczy by tama, którą zbudowałam na potrzeby operacji pękła. Trzęsę się już cała, łzy strumieniami opuszczają moje oczy, nogi wiotczeją i nie daje rady utrzymać postawy pionowej. Upadam z łoskotem, z gardła wyrywa mi się wrzask bólu, zaciskam pieści we włosach jakby cierpienie fizyczne miało zagłuszyć ciężar winy, która na mnie spadła. Jest mi przeraźliwie zimno i chyba nic już tego nie zmieni. Nic mi nie pomoże, bo nikt jeszcze nie wymyślił lekarstwa na zdradę. Spadam w otchłań i już nawet nie walczę, w końcu… zasłużyłam sobie.
Nazywam się Hermiona Jean Granger i poprzedniej nocy zdradziłam mojego martwego męża.
Nazywam się Hermiona Jean Granger i już nie jestem wdową.
Nazywam się Hermiona Jean Granger i moje życie właśnie stało się piekłem.

*/*/*/*/*
Cześć.
Dawno mnie tu nie było. Przyznam szczerze, że trochę boje się jak mnie przyjmiecie. Zastanawiam się też czy w ogóle ktoś o mnie jeszcze pamięta. Wracam po blokadzie i czuję ulgę, bo myślałam, że już nigdy nic nie napiszę. Liczę, że nowe opowiadanie o Hermionie Granger przypadnie Wam do gustu, proszę o szczere komentarze i Waszą aktywność. Tą historie można też śledzić na wattpadzie pod tym samym tytułem, ja również tam nazywam się Cornelia_Grey. Kończę z tłumaczeniem się i czekam na Waszą reakcje. 

Cornelia Grey..

piątek, 2 grudnia 2016

Epilog

Wątpliwości

"Oh simple thing, where have you gone?
I'm getting tired and I need someone to rely on"

Wszyscy robią złe rzeczy, sama wielokrotnie łamałam zasady i reguły. Za nic miałam zdanie innych,  własne życie i kary, jeśli coś  postanowiłam i przede wszystkim uważałam za słuszne – działałam. Każda akcja wywołuje reakcje, tego się nauczyłam w ciągu tych wszystkich lat. Nazywają mnie Hermioną Granger, najmądrzejszą czarownica swojego pokolenia, ikoną, ale co oni tam mogą wiedzieć. Obserwują z boku, patrzą na efekty końcowe i przyklaskują optymistycznie. Tak naprawdę nikt nie wie ile musiałam poświecić, czego się wyrzekłam, co zmuszona byłam robić. Prawdopodobnie też… nikt się już o tym nie dowie.
Biorę głęboki, gwałtowny wdech, tuż przed otwarciem oczu. Pomału wraca mi czucie, coś przygniata mi klatkę piersiowa, uniemożliwiając w pełni cieszyć się życiodajnym powietrzem. Jakaś ciepła ciecz spływa po mojej skroni drażniąc skórę. Dotykam jej, nie do końca rozumiejąc co się dzieje, rękawiczka, a raczej to co z niej zostało barwi szkarłatna barwa, to krew. Marszczę czoło w reakcji na otępiający wręcz ból głowy, w uszach mi dzwoni. W pomieszczeniu jest bardzo jasno jednak jakoś tak dziwnie, nienaturalnie, zupełnie jak we mgle, albo nie! Jak w pierwszy śnieżny dzień. Próbuję się skupić, to… to pył, opada na wszystko dookoła. Pierwsze dźwięki przedzierają się do mnie przez skorupę – kroki, krzyki, chaos. Mało mnie to jednak obchodzi, najważniejsze, że ja już skończyłam, zrobiłam to co musiałam, teraz jest mi kompletnie wszystko jedno. Nagle przed oczami pojawia mi się czarna plama, kogoś przypomina, ale tak strasznie ciężko jest mi się skoncentrować. Mój mózg potrzebuje dobre pół minuty zanim wyostrzą się kształty i kontury. Ah! No tak, to Severus, tych oczu nie można z nikim innym pomylić. Jego rysy ściągnięte są w wyrazie przerażenia, a mimo to wciąż jest dla mnie piękny i taki kochany. Jego wąskie usta poruszają się zupełnie jakby coś mówił. Zaraz on naprawdę coś mówi.
– Spokojnie, wszystko będzie dobrze, tylko się nie ruszaj – jego cudowny baryton pieści mój dopiero co odzyskany słuch. Jednak te słowa w ogóle nie pasują do jego osoby. Podnoszę powoli dłoń i dotykam szorstkiej faktury jego policzka, głaszczę go delikatnie, unoszę leciutko kąciki warg na wzór uśmiechu, na nic więcej mnie nie stać, chce mi się potwornie spać, czuję się jakby przebiegło po mnie stado hipogryfów. Senność coraz mocniej zaciska swą pętle na mnie, Snape chyba powiedział coś jeszcze, ale znów nie słyszę, robi się ciemniej, moja dłoń opada bez życia na podłogę, a ja upadam wprost w ręce podstępnej ciemności.
~~*~~
3 dni później
Pode mną rozpościera się widok na panoramę Londynu w całej swej okazałości, taka wysokość i ochrona tylko w postaci kruchego szkła powinna już dawno wywołać u mnie lęk, dziś jednak mi to nie przeszkadza. Jestem zafascynowana i oczarowana widokiem wiecznie szarego miasta. Staram się nie zwracać uwagi na okropne pomieszczenie, w którym się znajduję. Dźwięki aparatury drażnią mnie niemiłosiernie, zielonkawe, wyblakłe ściany wywołują mdłości, a obrzydliwa brązowa kanapa, na którą zerkam od czasu do czasu powoduje u mnie napad agresji.
– Żałujesz? – pada w końcu kluczowe pytanie. To niedorzeczne, żebym musiała siedzieć tu ponad godzinę, aby ten łysiejący staruszek z uśmiechem tak słodkim, ze mógłby spokojnie konkurować z Umbridge, zadał to jedno pytanie.  Pytanie, na które odpowiedź miałam przyszykowana od trzech dni.
– Nie – krótka, stanowcza odpowiedź, powinnam na niej skończyć, a jednak nie umiem. – Dziś zrobiłabym to samo, bo kiedy walczysz o swoje życie, ba o życie własnego dziecka, każde chwyty są dozwolone. Nawet jeśli… jeśli są tak podłe i okrutne.
– Jednakże gryzie Cię to, prawda? – zauważa mój rozmówca. Prycham cicho, urażona.
– Crouch był szalony i zakochany, czyniło to z niego niebezpieczeństwo pierwszego stopnia. Wysadził pół szpitala, aby ratować tą kobietę, ja musiałam ratować to co zostało, kłamstwo okazało się najlepszym sposobem – odpowiadam spokojnie, bez emocji.
– Nie odpowiedziałaś na pytanie – nie daje za wygraną.  Wiercę się niespokojnie.
– Umarł ze świadomością, że jego ukochana nie żyje, być może liczył, że spotkają się po drugiej stronie. To, że ona go nie chciała nie ma żadnego znaczenia, bo że był wariatem ustaliliśmy wcześniej. Upozorowałam jej śmierć, sprowokowałam go by popełnił błąd, doprowadziłam na skraj.  Jednakże to była wojna, każde z nas miało równe szanse, okazałam się po prostu sprytniejsza – wzruszam ramionami.
– To wciąż nie jest odpowiedź – stwierdza uśmiechając się dobrotliwie, a przynajmniej to sobie wyobrażam, bo stoję do niego tyłem. Ma racje, nie udzieliłam mu satysfakcjonującej go odpowiedzi, nie wiem nawet czy ją znam. Milczę wiec, nadal obserwując Londyn, bo gdy wypowiem słowa na głos, staną się prawdą. Czas mija spokojnie, swoim torem, wskazówki zegara tykają, ktoś właśnie się rodzi, ktoś inny umiera, tak jak umiera cząsteczka mnie.  Obracam się w końcu w jego stronę, lustruję od dołu do góry, chcę pokazać mu kto to rządzi,  zatrzymuje się na szarych tęczówkach. Nie znajduję w nich jednak strachu czy zmieszania tylko spokój i cierpliwość. Imponuje mi to, więc z szacunku podejmuję decyzję.
– Prawda – mówię, poczym ruszam w stronę drzwi i wychodzę po cichu z dumnie uniesioną głową. To nieprawda, że silne kobiety nie płaczą. Robią to znacznie częściej niż potrafią się do tego przyznać. Uważane za perfekcyjne, nie mogą załamać się z byle powodu, dlatego najczęściej cierpią w samotności.  Szybkim krokiem przemierzam odbudowane korytarze,  kilku nowych stażystów pierzchnie na mój widok, ale nie dziwi mnie to, zawsze tak reagują – tchórze. Wchodzę do mojego gabinetu i zamykam się na klucz, nie potrzebuję teraz nikogo. Warga niebezpiecznie drży, ale trzymam się dzielnie, zakrywam usta dłonią, by żaden dźwięk się z nich nie wydostał. Z całych sił próbuję się powstrzymać, nie mogę być aż tak słaba, nie zeżrą mnie wyrzuty sumienia, na wojnie robiłam gorsze rzeczy. Ogarnia mnie złość, jestem zmęczona ciągłą walką. Podchodzę do biurka i jednym ruchem zwalam z niego całą stertę papierów, zestaw piór i ramkę ze zdjęciami, słyszę jak szkło przegrywa z podłogą i rozbija się w drobny mak. Mary Lingwood żyje, dzięki mnie, uratowałam ją, a jednak czuje się parszywie. Gdzie tu logika!? Zabiłam śmierciożerce, który próbował stworzyć nową grupę poza rządową, niosącą terror i zniszczenie. Zabił więcej ludzi niż potrafię zliczyć i porwał Severusa, a mimo to, mimo tych wszystkich cholernych faktów mam pieprzone poczucie winy! Na Merlina prawie zabił mi córkę! Dlaczego w takim razie znów płaczę!? Siadam bezradnie na fotelu, zakrywam twarz dłońmi i szlocham bezradnie, za świadków mając cztery żałosne ściany pokoju.
– Nie jesteś potworem, Granger – mówię w końcu na głos, zagryzając do bólu wręcz wargę.  
Kilka godzin później, kiedy uspokoiłam się na tyle, aby móc pokazać się ludziom udaje się do domu, musze porozmawiać z Draco. W ciagu ostatnich kilku dni nie mieliśmy okazji, bo Harry z Ronem dosłownie ogłupieli. Zmusili mnie do opowiedzenia tej historii tyle razy, że gdyby ktoś nagle obudził mnie w środku nocy wyrecytowałabym ją bez zacięcia.  Nakrzyczeli na mnie i to tak porządnie, że  bez słowa wzięłam różdżkę i wyrzuciłam ich za drzwi zanim zdarzyli chociażby mrugnąć, poczym zaklęciem zaryglowałam drzwi, aby nikt inny nie mógł wejść. Mieli tupet! Przecież to oni  zawalili i to już kilka miesięcy temu, gdyby Crouch siedział w Azkabanie nic by się nie stało, a moje życie byłoby prostsze i na pewno mniej łzawe. Wkładam klucz do zamka, a następnie przekręcam, witając się z sąsiadką z góry. Wchodzę do domu, zostawiam rzeczy w salonie i idę do pokoju mojego przyjaciela. Pukam delikatnie i pakuję się do środka. Draco leży na łóżku, czytając jakiś magazyn naukowy. Jego pokój – bo tak jest jego czy mi się podoba to czy nie – przemalował na barwy śliz gonów już pierwszej nocy w nim spędzonej, głośno dając do zrozumienia co myśli o moim gryfońskim stylu. Z czego słowo „gryfoński” wypowiedział takim tonem, że byłam pewna iż mleko w lodówce skisło. Myślę, że kilka osób mogłoby się mocno zdziwić widząc ten mózg w formalinie, który trzyma  na komodzie. Zerka na mnie zza gazety i unosi pytająco brew, nic nie mówię, tylko kładę się koło niego.
– Bałam się, przez chwilę – mówię cicho i z trudem. – Wysłałam Cię w bezpieczne miejsce, bo myśl, że mogłoby Ci się coś stać paraliżowała mnie tak bardzo, że nie mogłam się skupić. A na to nie wolno mi było pozwolić, dlatego znalazłam sposób. Kiedy jednak wyszedłeś, a ja skończyłam ją operować i… – obracam się na bok, tak by patrzeć na niego. – Przyszedł czas by go okłamać, by sfingować jej śmierć, obleciał mnie strach. Księgi, o których mówiliśmy wcześniej były stare, bardzo stare i mogły okazać się stekiem kłamstw. No bo pomyśl, jaką trzeba być egocentryczką, by wierzyć, że to właśnie tobie przytrafiła się miłość opowiadana w legendach. To wszystko mogło skończyć się gorzej… dużo gorzej – szepczę spuszczając wzrok.
– Wiesz czemu tu zamieszkałem? – pyta nagle zmieniając temat.
– Bo chciałeś mnie wkurzyć? – pytam zaskoczona torem naszej rozmowy.
– To swoją drogą – uśmiech się złośliwie. – Kiedy przyszedłem na pierwsze zabranie Zakonu Feniksa, tuż po mojej zmianie stron, byłaś pierwszą osobą, która mnie zaakceptowała, do dziś nie wiem dlaczego, ale spojrzałaś na mnie krytycznie, oceniająco, na twoim czole pojawiła się zmarszczka, po kilku minutach jednak zniknęła, a ty uśmiechnęłaś się do mnie szeroko i szczerze, a w oczach miałaś prawdę. Ulżyło mi, do tej pory nie wiem co takiego we mnie zobaczyłaś i dlaczego wybaczyłaś mi te wszystkie lata poniżania, ale w tamtej chwili dałaś mi wiarę, której tak potrzebowałem. Nie zwątpiłaś ani razu, powstrzymywałaś od głupot i pokazałaś jak walczyć całym sobą. Wepchnąłem Ci się do mieszkania, bo przy tobie mogę być prawdziwy, bez żadnych masek i pozorów. I akceptujesz mnie takiego. Masz w sobie coś magicznego, wyciągasz z ludzi dobro, spójrz tylko na to kto odważył się Cię pokochać. U Ciebie nie ma słowa niemożliwe, dlatego wyszedłem z wtedy z Sali. Jesteś superbohaterem, nawet jeśli czasem odczuwasz strach lub upadasz, w ten sposób uczysz się latać – kończy z delikatnym uśmiechem, a mnie w oczach stają łzy, ale je powstrzymuję i nieśmiało odwzajemniam uśmiech.
– Jesteś moją rodziną Draco, moim bratem, kocham Cię i potrzebuję. Możesz na mnie liczyć zawsze, bo ja zawsze mogę liczyć na Ciebie – przytulam się do niego mocno. To prawda, należy do jednych z najważniejszych ludzi w moim życiu i nie zamierzam się tego wypierać.
– Porozmawiaj z nim, masz prawo upaść, ale nie możesz tam zostać, pamiętaj – szepcze w moje włosy. Spinam się, ale ma rację. Odsuwam się od niego i wstaję, mam już wyjść kiedy zatrzymuję się w przejściu i obracam głowę do tylu, spoglądając na niego.
– Wiesz co w tobie zobaczyłam? Bezbronnego i trochę zagubionego chłopca, którego wrzucono na środek oceanu i powiedziano: płyń. Zobaczyłam siebie samą sprzed paru miesięcy. Wiedziałam już wtedy, że dokonasz wielkich rzeczy, nie pomyliłam się. Jestem z Ciebie dumna Draco – zamykam drzwi zanim zdąży zareagować, dość sentymentów, pociągam nosem, czas na walkę. Wchodzę do kominka i rzucając proszek fiuu, głośno i wyraźnie mówię:
– Hogwart!
Ląduję bezpośrednio w komnatach Severusa, tym razem nie czuje się dziwnie, Nie ma żadnej zadry w mojej duszy, brak obecności osoby nie powołanej. Rozglądam się dookoła, na stoliku leży książka z zakładka, obok niej filiżanka z niewypitą  herbatą. Na biurku piętrzy się stos pergaminów,  niby wszystko jest w porządku, a jednak coś jest nie na swoim miejscu. Ramka ze zdjęciem stoi na komodzie, nigdy jej tam nie było. Sprawdzam zegarek, powinien skończyć niedługo lekcje, biorę łyk zimnej, gorzkiej herbaty, zostawiając na porcelanie odcisk mojej szminki. Podchodzę do tajemniczego przedmiotu i spoglądam na zdjęcie. Zamieram widząc co przedstawia, a raczej kogo, to ja w noc balu. To wtedy wszystko się zmieniło, zyskałam prawa, o których wszystkie mogą tylko marzyć. Siadam na podłodze, opierając się o dębowe biurko i odchylam głowę do tyłu przymykając oczy. Moja lekka, kremowa sukienka z wstawkami i skórzana kurtka nie chronią mnie zbytnio od nieprzyjemnego chłodu, ale jestem zbyt leniwa by rozpalić w kominku. Po co ja tu przyszłam? A no tak, bo jestem głupią gryfonką, która nigdy nie tchórzy, a może jestem już zmęczona ciągłym uciekaniem. Moja córka obraca się we wnętrz mnie kopiąc przy okazji moje żebra, krzywię się lekko.
– Może po prostu jest jej zimno na tej podłodze i delikatnie sugeruje, abyś wstała – karcący głos dobiega z prawej strony, czyli z okolicy drzwi.
– Jeżeli to była delikatna sugestia, to zdecydowanie wyczucie ma po tobie – unoszę kpiąco kącik ust, ale po chwili wzdycham ciężko i niezdarnie próbuję się podnieść. Warto napomknąć, że łatwe to nie jest. Niespodziewanie koło mojej głowy pojawia się dłoń, spoglądam w górę i nie mam wyboru, sama nigdy nie wstanę, łapię więc jego rękę, a on chwyta ją mocno i podnosi.
– Zdecydowanie lepiej, aby miała po mnie urok osobisty niż wygląd – kpi. – Cóż to się stało, że moja droga małżonka postanowiła mnie odwiedzić? W ciągu ostach trzech dni skuteczne mnie unikałaś – podchodzi do stoliczka i rzuca mi piorunujące spojrzenie zaważając plamę na filiżance, och Merlin mi świadkiem jak bardzo tego nie znosi. Uśmiecham się uroczo.
– Przepraszam, nie powinnam była rzucać Tobą o ścianę. Byłam wściekła i tylko to mogło złagodzić poczucie zdrady, jednakże moje zachowanie było karygodne – mówię spokojnie i szczerze, patrząc mu prosto w te hipnotyzujące, ciemne oczy. Skinął głowa w wyrazie zrozumienia, po czym usiadł i wyczarował dwie nowe herbaty.
– To ja… – zawahał się, przygotowałam się na coś co często się nie zdarza. – Przepraszam. Twoja reakcja była właściwa , choć mogłaś użyć trochę mniej mocy. Prawie zostawiłem swój odcisk w ścianie – rzekł swoim zwyczajnym zrzędliwym tonem, którego używał na lekcjach. Zachichotałam cicho z jego żartu, który miał zamaskować przeprosiny. Pozwolę mu na to.
– Przynajmniej już zawsze straszyłbyś biednych uczniów, to była wręcz przysługa – uśmiecham się słodko.
– Znam Cię, wiem, że łatwo nie odpuszczasz. Powinienem spodziewać się takiego ruchu, a jednak zaskoczyłaś mnie, jak zawsze. Gdybym tylko był czujniejszy nie poszłabyś do szpitala. Zaciągnąłbym  Cię tu z powrotem i siedziałabyś, aż bym Ci wszystko wytłumaczył. To moja wina, wszystko co przeszłaś, co przeszłyście – spogląda na mój brzuch – Jest moją winą. Przyrzekałem Cię chronić, trwać przy Tobie i być Ci wiernym. Musisz uwierzyć na słowo, że nie byłem świadomy swoich czynów, nie wiedziałem, że łamię daną obietnicę. Ta noc, pamiętna noc balu przywróciła mi nadzieję, dostałem szansę na odrobinę normalności, przecież gdzieś tam wgłębi tego pragnąłem, choć nie przyznałbym się do tego nawet w trakcie tortur. Spieprzyłem wszystko w wręcz szokującym czasie – kończy gorzko. Choć ta wypowiedź jest trochę nieskładna, a na pewno niezdarna, to dociera tam gdzie powinna. Oddech mam przyśpieszony, coś kuje mnie w klatce. Mam dość tego jak daleko od siebie jesteśmy, chcę go poczuć, o Merlinie, rozpaczliwie potrzebuję zapewnić go, że nigdzie nie idę. Wstaję i bez najmniejszego problemu czy skrępowania siadam okrakiem na jego kolanach, kładę ręce na jego barkach, a dłonie zatapiam we włosach. Opieram czoło o jego, wdycham najpiękniejszy zapach na świecie.
– Severusie ostatnie kilka miesięcy było jedną, wielką harówką. I jestem zmęczona czekaniem, uciekaniem, walką, huśtawką emocjonalną. Mam tego po wyżej czubka głowy i więcej. Uważasz, że wszystko zepsułeś, a jednak tu jestem. Gotowa rozpocząć nowy rozdział jako twoja żona – przełykam z trudem ślinę, oczy szczypią mnie od nie wylanych łez. – To bardzo trudne, nie do końca pojmuję co się stało. Pogubiłam się, upadłam i bardzo długo leżałam w błocie własnych problemów. Nadzieja, na którą sobie pozwoliłam po tym kiedy wzięliśmy ślub, prawie mnie zabiła. Tak ciężko było mi na Ciebie patrzeć, kiedy jedyne na co miałam ochotę to z całej siły trzepnąć się w ten zakłuty łeb. Widok tej kobiety całującej Cię, przelał czarę goryczy. W tamtym momencie mówiłam prawdę, chciałam odejść, a przyrzekałam, że nigdy tego nie zrobię. Mimo wszystko byłam zdeterminowana, decyzja została podjęta. – Pierwsze krople spływają po moich policzkach. Zagryzam wargi do bólu, jednak nie na długo. Kładzie swoją dłoń na mojej twarzy i delikatnie wyswobadza ją kciukiem. – Poddałam się, więc nie tylko ty złamałeś obietnice, jesteśmy tak samo winni.
– Może na tym to polega, może tym jest małżeństwo. Ciągłą walką ze sobą, z pokusami. Robimy to pierwszy raz, jesteśmy jedną z najmądrzejszych par na świecie, a całkowicie oblewamy ten cały uczuciowy szajs – szepcze wprost w moje usta. Nie potrafię się powstrzymać, przywieram mocno do jego warg. Oh! Bogowie, jak mi tego brakowało. Toczymy walkę o dominację, miłość i magia splatają się w ciasnym uścisku. Budzi się we mnie pożądanie, dociera do najgłębszej części.
– Koniec z uciekaniem? – dyszę kiedy się od siebie odrywamy.
– To koniec, Granger – wypowiada, te cholerne słowa, od których wszystko się zaczęło.
– Stęskniłam się za Tobą – uśmiecham się figlarnie.
– Brakowało mi śladu Twojej szminki na mojej filiżance – jego baryton tuż przy moim uchu sprawia, że wariuję. Niech mi tylko ktoś powie, że Severus Snape nie jest romantyczny. Wstaje ze mną w ramionach, choć jestem bardzo ciężka, mam teraz nadbagaż, lecz jemu nie sprawia to trudności, zamyka nogą drzwi sypialni.
Nie zawsze będzie prosto, nie oczekuję życia bez problemów i zmartwień, bo wbrew pozorom to one czynią nas silnymi. Jeśli tylko będziemy razem, staniemy się niezniszczalni. I w końcu znalazłam odwagę, by w to uwierzyć…



~~*~~
Cześć pamiętacie mnie jeszcze?
Boże nie mam pojęcia jak was przepraszać. Miałam taki nawał wszystkiego, że nie dawałam sobie z niczym rady. Kończył się to płaczem z bezsilności, a wasze pytania o nowy rozdział łamały moje serce. Trudno pisało mi się ten epilog, szczególnie ostatnią scenę. Nie wiem może podświadomie wcale nie chciałam tego kończyć, tak czy inaczej, to najdłuższy post jaki wstawiam, lecz nie ostatni, ponieważ obiecałam Wam bonus - opis nocy podczas balu. Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam takim końcem. Bardzo Wam dziękuję za cierpliwość i wszystkie komentarze jakie mi podarowaliście, to była prawdziwa przyjemność móc podarować Wam moją wersję historii Severusa i Hermiony. Pytanie jednak brzmi, czy chcielibyście przeczytać coś jeszcze mojego autorstwa? Proszę jak zawsze o szczerość.


Cornelia Grey

P.S. Jak zwykle pełno literówek.